Bloodride

Nie przepadam za autobusami. Może to wina tego, że jest w nich raczej brudno i nie pachnie zbyt przyjemnie ,a kierowca zazwyczaj traktuje pasażerów jakby byli workami z ziemniakami. Za moją niechęć do tego środku komunikacji może też odpowiadać nieszczęsna wyprawa nawiedzonym autobusem w Pekinie, która skończyła się w dosyć dziwny sposób. W każdym razie nie jestem fanem autobusów. Może jednak horrorowa antologia Bloodride, gdzie właśnie autobus jest motywem przewodnim, zmieni moje zdanie na temat tych pojazdów?

Netflix i mała porcja strachu

Bloodride to kolejna produkcja Netflix stawiająca na horror w małych dawkach. Nie zawsze wychodzi to tej korporacji najlepiej, ale ja lubię straszenie na tyle, że jakoś przeboleję wszystko, co mi zaserwują. Tym razem mamy do czynienia z sześcioma 30-minutowymi historyjkami z Norwegii.

Odcinki prezentują nam raczej uniwersalne opowieści grozy i nie ma w nich zbyt wielu unikatowych elementów wskazujących na Norwegię. Autobus, o którym wspominałem we wstępie to drobny element łączący ze sobą odcinki. Bohaterowie spotykają się w nim podczas napisów początkowych kolejnych epizodów. Nie ma to jednak większego znaczenia dla samych opowieści i służy chyba tylko budowie nastroju i uzasadnieniu tytułu produkcji.

Sześć historyjek

Pierwszy odcinek serialu koncentruje się na pewnej rodzinie przeprowadzającej się na wieś. Bohaterowi zastają przywitani przez nowych sąsiadów, którzy nie zachowują się do końca normalnie. Na dokładkę wszyscy mieszkańcy wsi spędzają bardzo dużo czasu ze zwierzętami, z którymi są prawie nierozłączni. Wszystko wydaje się bardzo podejrzane tym bardziej że za uwielbieniem zwierząt skrywa się mroczny sekret.

Kolejny epizod opowiada o mężczyźnie, który po 3 latach zostaje wypuszczony ze szpitala psychiatrycznego. W domu witają go dwaj bracia, którzy chcą się wybrać w rodzinne strony, by się napić, zabawić i powspominać o tym, co się kiedyś wydarzyło.

Trzecia opowieść to chyba najbardziej zakręcony odcinek serialu. Bohaterka wiedzie wspaniałe życie, którego można jej jedynie pozazdrościć. Niestety, kiedy w życiu jest zbyt dobrze, wszystko musi się zawalić. Przynajmniej taki jest wymóg każdej dobrej historii.

Czwarta historyjka w tej antologii przenosi nas na kolacje celebrującą powstanie wspaniałego leku. Niestety pośród gości znajduje się złodziej. Jeszcze gorsze jest to czego dopuści się gospodarz, by odzyskać utracony przedmiot.

Przedostatni odcinek to historia nowej nauczycielki trafiającej do szkoły w małym miasteczku. Bohaterka zauważa, że budynek wydaje się nawiedzony. Domysły na temat tego, co wydarzyło się w szkole lata wcześniej, prowadzą bohaterkę w bardzo niebezpieczne miejsce.

Finałowy epizod pierwszego sezonu Bloodride to (nie)typowa historia biurowa. Podczas imprezy kostiumowej w firmie dwójka nowych pracowników stara się rozwikłać zagadkę dziwnego wypadku, jaki przytrafił się w biurze.

To samo razy kilka

Każdy z odcinków Bloodride to swego rodzaju historyjka z morałem pouczającym nas, że nie wszystko jest takie jak się wydaje i że ludzie potrafią posunąć się do najohydniejszych rzeczy w pogoni za swoimi celami. Te dwie rzeczy oddają przesłanie wszystkich epizodów tego serialu. Dzięki temu mamy produkcje powiązaną tematycznie. Niestety to samo sprawia, że odcinki mogą wydawać się do siebie trochę podobne.

Jeśli miałbym wskazać na najciekawsze moim zdaniem odcinki to do gustu najbardziej przypadły mi dwa epizody. Historie cztery i sześć mają w sobie ten element wiarygodności, który sprawia, że są trochę ciekawsze od reszty. W moim wypadku istnieje szansa, że przytrafi mi się coś takiego, jak to co spotyka bohaterów tych odcinków. W końcu imprezy biurowe to męka, która dotyka wielu osób. Podobnie jest z zaproszeniami na uroczystości, na które nie chcemy się wybierać.

Prawie się udało

Bloodride to zbiór całkiem niezłych opowieści grozy. Niestety żadna nie wybija się ponad to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Brakuje czegoś, co spowodowałoby opad szczeny lub zaskoczyłoby widza. Nie chcę narzekać na to, że każda z historii jest dosyć przewidywalna i w miarę sztampowa, ale tak w pewnym sensie jest. Jest to najbardziej ewidentne w przypadku pierwszego odcinka, gdzie tak zwany plot twist jest oczywisty. Podobnie jest w przypadku ostatniej historii, gdzie zaskakujące zaskoczenie jest sygnalizowane już od pierwszych minut. Podobnie jest z większością epizodów tego serialu. Nie jest to olbrzymi problem, ale przez to niedługo zapomnę o tym serialu, bo zleje się on w mojej pamięci ze wszystkimi innymi podobnymi straszakami.

Potencjał na dobry serial. To zdanie najlepiej określi ten norweski serial. Pierwszy sezon Bloodride to poprawna antologia strachu. Sześć trzydziestominutowych odcinków dostarcza odrobinę gore i fajnych momentów. Całość sprawia jednak wrażenie kolekcji przeciętnych odcinków ze znaczniej lepszej serii grozy. Nie brzmi to może zbyt zachęcająco, ale w moim odczuciu ten serial ma szansę stać się czymś lepszy. Drugi sezon mógłby budować na dobrych elementach tego co powstało i dostarczyć widzom trochę bardziej unikatowego doświadczenia. Wystarczy pójść trochę bardziej w stronę nordyckich legend i regionalnych historii grozy. Odrobina lokalnych specyfików uczyniłaby Bloodride czymś bardziej wartościowym.

Przeciętna antologia

W przypadku horrorowych antologii często mamy do czynienia z zestawami, gdzie obok świetnych historii pojawia się coś słabego. W przypadku Bloodride wszystkie odcinki są mniej więcej na tym samym poziomie. Sześć historii zawieszonych gdzieś pomiędzy czymś dostatecznym a dobrym. Nie wiem, czy to atut, czy wada tej antologii? Z jednej strony nie ma tu nic tandetnego i odrzucającego widza. Nic co wprost można nazwać stratą czasu. Brakuje jednak też czegoś, na tyle dobrego by zapadało w pamięć lub chciało się o tym rozmawiać z innymi ludźmi. Jako widz zostajemy pozostawieni z czymś niezłym, ale nic ponadto.