Conarium

H.P. Lovecraft to jeden z tych autorów, którzy nie osiągnęli zbyt wiele za swego życia. Samotnik z Providence skończył jednak z pomnikiem trwalszym niż ze spiżu i w dniu dzisiejszym jest uważany za ojca współczesnego horroru. Z tego powodu wiele gier nawiązuje do twórczości Lovecrafta. Conarium to jedna z tych produkcji. Czy warto po nią sięgnąć i czy narazimy się przez to na gniew Czarnej Owcy?

W grze wcielamy się w członka misji na Antarktykę. Z niewiadomych przyczyn straciliśmy pamięć a towarzysze naszej ekspedycji zaginęli. Postanawiamy więc przeszukać bazę by dowiedzieć się o losach pozostałych badaczy i poznać sekret tego miejsca. Szybko okazuje się, że na Antarktyce znajduje się coś bardzo dziwnego, coś co może odmienić losy ludzkości.

W kilka chwil po odpaleniu gry i zobaczeniu cytatu z Lovecrafta zdamy sobie sprawę, że Conarium inspirowane jest opowiadaniem „W górach szaleństwa”. Wyprawa na jedyny skrawek naszej planety, który jest kompletnie obcy człowiekowi, odkrywanie sekretów kompletnie zmieniających naszą naukę i charakterystyczny kosmiczny horror. Gierka uderza dokładnie w te same tony co opowiadanie. Dodatkowo twórcy postawili na tą samą sztukę prezentowania historii co Lovecraft. Podczas eksploracji bazy odnajdujemy notatki i listy wprowadzające nas w fabułę. Normalnie taki bajer to przykład lenistwa twórców i sztampowy element byle jakiej prezentacji historii. W tym wypadku przymknę jednak na to oko bo Lovecraft w swojej twórczości bardzo często korzystał z podobnych zabiegów. Ile to razy czytaliśmy dziennik kogoś, kto na chwile przed śmiercią postanowił opisać przerażające wydarzenia prowadzące do własnego zgonu?

Jeśli chodzi o rozgrywkę, to mamy prostą grę przygodowa zapodaną w stylu pierwszoosobowej gry wyglądającej jak kolejny symulator chodzenia. Łazimy korytarzami i od czasu do czasu szukamy przedmiotu – klucza otwierającego kolejne drzwi. W trakcie zabawy natkniemy się na kilka zagadek, ale nie powinny one stanowić zbyt wielkiego wyzwania. Zabawa z tajemniczymi symbolami i odszyfrowywanie różnych kodów może sprawić nam sporo frajdy. Tego samego nie można powiedzieć o sekwencjach uciekanych, które są trochę frustrujące. Kontakt z potworkiem równy jest śmierci, więc biegamy trochę po omacku i wkurzamy się na to jak wolno porusza się nasza postać. Całość przechodzimy w jakieś 3 lub 4 godziny, ale gra ma kilka zakończeń zwiększających żywotność.

Na zakończenie napiszę jeszcze, że Conarium nie jest najlepszym tytułem korzystającym z dorobku amerykańskiego autora. Jak dotąd nic nie przebiło Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth. Tamten tytuł zaczynał się tak mocno, że prawdopodobnie nic go nie przebije.

Jeśli chodzi o kwestie związane z grafiką to gra prezentuje się dosyć ładnie. Brak jakichkolwiek elementów zapierających dech w piersi, ale nie ma też brzydkich baboli. Jest przyzwoicie i dokładnie tak jak powinno być w symulatorze chodzenia klasy b. Kilka fajnych efektów związanych z trochę bardziej odjechanymi sekwencjami pozostawia po sobie dobre wrażenie. Jednak zdaje mi się, ze gra nie jest dobrze zoptymalizowana. Podczas pewnych scenek miałem wrażenie tak jakby akcja dostawała czkawki. Nie wiem czy był to celowy zabieg z trochę dziwacznymi przeskokami, czy też coś nie wyrabiało. W każdym ten element wzbudził moją konsternację i kilka razy restartowałem tytuł by sprawdzić skąd takie coś się pojawiło.

Conarium to ciekawy tytuł, który dość skutecznie wykorzystuje twórczość Samotnika z Providence. Twórcy dobrze wykorzystali pomysły ojca kosmicznego horroru i dzięki temu powstał zgrabny symulator chodzenia wzbogacony o trochę prostych zagadek. Z chęcią zobaczę kolejne gry bazujace na kolejnych utworach z twórczości H.P. Lovecrafta.