Shadows of the Damned

Garcia Hotspur to jeden z najtwardszych ziomków jakich można spotkać. Dante przy nim to panienka, Kratos to harcerzyk a ja chciałbym go mieć przy sobie w trakcie nocnych, paranoidalnych wędrówek bocznymi ulicami mojego miasta. Tylko kim tak naprawdę jest ten pan?
Aby poznać odpowiedź na to pytanie należy wpierw przeczytać poniższą recenzję a potem kupić Shadows of the Damned – grę, o której będzie mowa.

Omygaw omygaw omygaw scha-wing SCHA-WING!

Garcia – nieustraszony łowca demonów, zadarł z niewłaściwymi piekielnymi stworami. Szef podziemi – Fleming postanowił się na nim zemścić. W odwecie za śmierć setek swoich poddanych, postanawia porwać ukochaną bohatera. Taka obelga nie może przejść bez odpowiedzi. Garcia jest gotowy wyruszyć do piekła za swoją ukochaną Paulę i wybićwszystko co stanie na jego drodze. To właśnie będzie miał okazję zobaczyć każdy gracz, który postanowi zagrać w najnowsze dziecko nietuzinkowego Sudy51.

W Shadows of the Damned zakosztujemy historii wiecznej miłości i odkupienia. Historia jaka staje się pretekstem do naszych wyczynów przypomina nieco inny produkt dystrybuowany przez EA, a mianowicie Dante’s Inferno. Główny bohater pozbawiony zostaje tego na czym zależy mu najbardziej na świecie przez ucieleśnienie całego zła. Wyrusza więc na wyprawę do najgłębszych czeluści piekieł by odzyskać to co utracił i nakopać swojemu wrogowi tak by ten nigdy już nie mógł usiąść na krześle bez poduszki. W podróży bohaterowi towarzyszy zmarła już osoba, służąca za przewodnika i pomocnika podczas przeprawy przez otchłań.

To są chyba jedyne zbieżności między tymi dwoma tytułami i poza nimi te gry nie mają nic wspólnego. Tak powiem to już teraz. Shadows of the Damned nie jest przeciętnym slasherem, klonem innej znacznie lepszej gry. Jest to wystrzałowa jazda bez trzymanki.

Historia przedstawiona w grze może nie jest porywająca ale ma swoje momenty. Informacje przedstawiające świat i postacie jakie zdobędziemy podczas podróży są naprawdę ciekawe i pogłębiają wrażenia płynące z całej przygody. Historie, które przyjdzie nam przeczytać (tak w grze są książki z legendami podziemnego świata) są wyśmienite i nadająklimatu niczym Night Springs z Alana Wake. Można powiedzieć, że nawet jeśli sama historia nie jest na najwyższym poziomie to połączenie jej z całą otoczką jaka jest nam zaserwowana stanowi pyszny smakołyk. Oczywiście jest to potrawa w odpowiedniej konwencji i osoby gardzące chociażby Planet Terror nie mają tu czego szukać.

Magnifico, more demon pubes.

Gdy za grę odpowiadają panowie Goichi Suda ( Killer7 czy No More Heroes) i Shinji Mikami (Vanquish i Resident Evil) mona spodziewać się chorego, szalonego klimatu, nietypowego designu i wysokiej grywalności. Tym razem bazągameplayu są dwie ostatnie odsłony Resident Evil. Sterowanie, sposób poruszania się postaci czy samo celowanie w Shadows of the Damned przypomina to z ostatnich odsłon serii Capcomu. Największą różnicą jest to, że tym razem możemy bezproblemowo chodzić podczas celowania i strzelania. Poza tą zmianą mamy do czynienia z tym samym, dającym wiele frajdy, eksterminowaniem przeciwników w ilościach masowych. W samym gameplayu dochodzi jednak do kilku zmian spowodowanych przez nową mechanikęświatła i ciemności. Kiedy nasi wrogowie znajdują się w specjalnych strefach cienia stają się niezniszczalni a my w tych samych obszarach gwałtownie tracimy życie. Jedynym ratunkiem wtedy jest wystrzelenie promieni światła w specjalne świeczniki opatrzone głową kozła. Tym samym promieniem „zdejmujemy” też ciemność z naszych wrogów, a po ponownym ich trafieniu zostaną ogłuszeni na chwilę. Dodatkowym twistem jest jednak to, że niektórzy przeciwnicy również giną po chwili przebywania w ciemności. Wymusza to skupianie się nie tylko na pozbywaniu się amunicji ale także pilnowanie źródeł światła i zarządzenie nim w celu skutecznego pozbywania się demonów.

Strzelać przyjdzie nam z trzech pukawek, które będą modyfikowane w trakcie postępu w grze. Są to standardowo wersje pistoletu, strzelby i karabinu maszynowego z odpowiednio piekielnym designem i nazwami jak Dentist czy Hot Boner. Możemy je ulepszać za pomocą czerwonych kryształów zebranych w tym świecie lub kupionych u sprzedawcy takiego jak ten z RE4. Gra zachęca a wręcz zmusza nas do korzystania z nich na przemian przez to, że niektórych przeciwników da się tak naprawdę załatwić tylko w odpowiedni sposób. Pomocne w walce będą nam również beczki ze światłem rozsiane po tym niecodziennym wymiarze. Ogólnie rzecz ujmując wszystko jest odpowiednio przemyślane i działa tutaj bez większych wad. Jedyne zastrzeżenia jakie mogę mieć to do odpowiednika shotguna, gdyż bez odpowiedniego dopakowania jest znacznie słabszy od pozostałych gnatów.

Jakieś 85% gry spędzimy przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia strzelając, zbierając klucze i otwierając drzwi. Resztę stanowią całkiem udane acz dłużące się walki z bossami i inne sekwencje. Poza standardowymi elementami strzelanki mamy jeszcze do czynienia z kilkoma wariacjami na jej temat. Jest side scroller gdzie lecimy w prawo, a także sekwencja gdzie stojąc w miejscu odpieramy fale ataków przeciwników wielkości wieżowców. Te elementy mogą nie przypaść każdemu graczowi. Ba, mogą się wydać wrzucone na siłę. Dla mnie jednak mimo frustracji z nimi związanej były świetne. Do tego dochodzą jeszcze sekcje gdzie uciekamy przed przeciwnikiem zabijającym za pomocą dotyku czy proste zagadki. Polegać one będą na obracaniu platformami czy przesuwaniu postumentów. Są one bardzo łatwe i pojawiają się tylko dwa razy w trakcie całej gry. Wszystko to daje jednak dość zróżnicowaną paczkę dzięki czemu gra się szybko nie nudzi. Szkoda tylko, że te wszystkie urozmaicenia wrzucone są masowo w drugiej połowie gry zamiast rozrzucić je po wszystkich aktach. Nie jest to jednak wielka wada. Po prostu osoby, które nie skończą przynajmniej 4 aktu, nie zobaczą wszystkiego co gra oferuje.

Taste my big boner!

Klimat jaki uświadczymy w Shadows of the Damned znany był od pierwszych trailerów ukazujących nam grę. Szalone kino znane chociażby z trailerów prezentowanych podczas projekcji Grindhouse duetu Tarantino i Rodriguez czy Hobo with a Shotgun. Kiczowata, wulgarna i wyjątkowo brutalna papka. Takie właśnie jest dzieło Grasshopper Studios. Dla jednych taki pokręcony klimat może być odpychający i wtedy gra ociekająca nim staje się po prostu nie do przełknięcia. Należy stwierdzić, że gra nawet na chwile nie przestaje brać swoich wzorców z produkcji tego typu. Do tego standardowy już dla Sudy, porąbany design pewnych elementów. Na przykład za klucze służą nam gałki oczne, mózgi i truskawki. Karmimy nimi drwi w, które wbudowane są twarze dzieci- potworków. Do tego jeszcze świeczniki wbudowane w głowy kozłów czy absynt i inne alkohole jako środki lecznicze. Groteska z jaką przyjdzie nam się zmierzyć podczas przeprawy przez piekło jest naprawdę rzadko spotykana w grach obecnej generacji.

Kolejnym elementem wyróżniającym Shadows jest niezwykła wulgarność kwestii wypowiadanych przez bohaterów i rynsztokowy humor. Faki i inne flugi pojawiają się w praktycznie każdym zdaniu. Do tego ciągłe nawiązania do zachowań seksualnych pojawiające się nawet w nazwach przedmiotów i ataków. No chyba że hot payload z big bonera tylko mi kojarzy się z czymś totalnie innym niż strzelanie bombami. W tym oceanie podtekstów i głupawych żartów trafiają się nawiązania do klasyki jak Martwe zło czy Pogromcy duchów. Te zagrania mimo że nie są bardzo częste to wyjątkowo dobre elementy gry, windujące jej humor na wyższy poziom. Ostatnim składnikiem Shadows of the Damned jest nagość i brutalność. Zobaczymy skąpo ubrane kobiety i ich wdzięki w pełnej krasie. Do tego jeszcze walące się flaki, odcięte głowy, ludzi rozrywanych od środka i obowiązkowe zbliżenia na rozsadzane pociskiem głowy. Nie jest to jakiś nowy standard w grach wideo, ale na pewno jest to wykorzystywanie wszystkiego co da się pokazać nie zniesmaczając przy tym wszystkich graczy.

Wszystko to razem tworzy niezwykłą jazdę na krawędzi. Na pewno nie jest ona przeznaczona dla wszystkich w szczególności tych najmłodszych. Jest ona na tyle charakterystyczna, że można ją polubić lub znienawidzić od pierwszej chwili. I oto chyba ekipie z Grasshopper pewnie chodziło.

I’m a Mexican, not a Mexican’t

Garcia i Johnson to jeden z najlepiej dobranych duetów jakie ujrzymy w grach konsolowych. Nieustraszony łowca demonów, mówiący łamanym angielskim i tchórzliwy demon przechwalający się swoim podbojami za życia. Nadają oni wyjątkowego charakteru Shadows of the Damned. Jestem gotów stwierdzić nawet, że dla obecnej epoki są oni ekwiwalentem Duke Nukem’a. Meksykanin i jego towarzysz rzucają dziesiątki wulgarnych tekstów, pełnych seksualnych podtekstów. Do tego są naprawdę chorymi istotami. Kiedy Hotspur opowiada jak poznał swoją ukochaną albo stara się tłumaczyć jej dziwne zachowania, wiadomo że ma poważne problemy z głową.

Przez chwilkę warto zerknąć na design naszych bohaterów. Po raz kolejny wszystko uderza klimatem kina klasy b z lat 70. czy 80.poprzedniej epoki lub ostatniej produkcji z Nicolasem Cage zatytułowanej Drive Angry. Garcia jak przystało na twardziela jest prawie kompletnie wytatuowany w ciekawe wzorki jak aniołki i wyznania do swojej ukochanej. Do tego skórzana, fioletowa kurtka z wydzierganymi na niej tekstami i obowiązkowa szrama przez twarz. Johnson to lubująca sięniebieskich kryształach, latająca czaszka, zmieniająca się w oręż głównego bohatera.

Reszta postaci jakie spotkamy też jest z jakiejś dziwnej bajki. Główny zły, sześciooki Fleming i jego upodobania do chorych zabaw czy jeden z demonów, który za życia był tak głodny, że się sam zjadł to tylko czubek góry lodowej. Wszyscy przeciwnicy jak to przystało na przeklęte stwory utrzymani są w ciemnych, brunatnych kolorach z czerwonymi elementami oznaczającymi ich słabe punkty.

Do you smell that?

Oprawa graficzna Shadows of the Damned mieści się gdzieś w środku skali. Mamy standardowe dla Unreal Engine doczytywanie tekstur i ogólną ciemność przysłaniającą to jak świat zaprezentowany nam wygląda. Nic nas nie zachwyci i sprawi, że złapiemy się za głowę pytając jak oni to zrobili? Jest jednak kilka lokacji jak most przed walką z jednym z bossów czy skaliste przejście do zamku Fleminga, które wyglądają naprawdę ciekawie mi osobiście się spodobały. Wszystko co ujrzymy przedstawione będzie w ciemnych tonacjach z elementami czerwieni. Taka stylistyka mimo iż powoduje, że większość lokacji się ze sobą zlewa, tutaj pasuje jak ulał.

Oprawa dźwiękowa to kompletnie inna sprawa. Pana stojącego za nią nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Sam Akira Yamaoka odpowiedzialny za kakofonię znaną z Silent Hill staje na wysokości zadania. Znaczna część melodii ma podobny klimat i gitarowe riffy, wyjęte wprost z Cichego Wzgórza. Muzyka z gry jest wyjątkowo dobrze dobrana i niektóre melodie potrafią wpaść w ucho. Soundtrack z Shadows of the Damned może spokojnie zagościć na półce obok swoich kuzynów z Silent Hill. Voice Acting to istny majstersztyk. Garcia wypowiadający kwestie z tym charakterystycznym latynoamerykańskim akcentem brzmi fenomenalnie. Zawsze pewny siebie twardziel, mający czasami problemy z angielskim. Johnson i jego fallusowe żarciki to prawdziwe perełki. W trakcie całej gry ten duet zamyka się tylko na kilka chwil. Niestety osoby nie władające angielskim na przynajmniej przeciętnym poziomie, mogą stracić część z tych gagów. Głosy wszystkich postaci są idealnie dopasowane do ich charakteru i wyglądu. Chciałoby się słuchać ich jeszcze więcej i więcej. Wzbogacenie historii postaci przez większą ilość ich rozmów wypadło by grze na dobre. Nie ma jednak tak naprawdę na co narzekać. Osoby odpowiedzialne za całość audio powinny po prostu dostać gromkie owacje na stojąco od wszystkich graczy.

Eternal Love

Najnowsze dzieło Sudy to naprawdę dobra produkcja. Satysfakcjonujące strzelanie uzupełnione odpowiednio zróżnicowanym gameplayem jest tym czego trochę brakowało w tym roku. Najbliżej tej pozycji do Resident Evil 4/5 i Dead Space. Eksterminacja przeciwników daje w Shadows of the Damned równie dużo jeśli nie więcej frajdy co w tych wyżej wymienionych pozycjach. I jest to gra, która zaskakuje swoją wysoką jakością tak samo jak miało to miejsce w przypadku pierwszej odsłony Dead Space. Każdy kto lubi gore a nagość i wulgaryzmy liczone w dziesiątkach na minute mu nie przeszkadzają, powinien zaopatrzyć się w to dziecko kooperacji Mikamiego i Sudy. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że jest to jeden z silnych kandydatów do gry akcji roku 2011.