Twilight Syndrome: Dead Cruise

PlayStation i lata 90. to magiczny okres w historii gier wideo. Dawno miniona epoka, kiedy znaczna cześć konsolowych produkcji nigdy nie opuszczała Kraju Kwitnącej Wiśni. Na rynku pojawiały się tak niezwykłe gatunki jak sound novel i visual novel, które ze względu na swoją specyfikę nie miały szans na pojawienie się w Europie. Do tego o wielu grach po prostu nie słyszeliśmy bo były one zbyt niszowymi produkcjami by pojawić się w jakimś popularnym magazynie a internet dopiero raczkował. Produktem tamtych czasów jest seria Twilight Syndrome. Kilka wyjątkowych gier, o których do niedawna mało kto słyszał bo dostępne są jedynie w języku japońskim. Jednak z jakiegoś powodu akurat ten cykl horrorów doczekał się aż trzech adaptacji. Czy Twilight Syndrome: Dead Cruise – horror o grupie nastolatków na statku może okazać się czymś interesującym?

Twilight Syndrome?

Dzisiaj na tapecie mamy Twilight Syndrome: Dead Cruise (トワイライトシンドローム デッドクルーズ), czyli drugi z trzech filmów bazujących na pomysłach z serii gier o tym samym tytule. Film ten miał premierę w sierpniu 2008 roku z okazji premiery najnowszej gry z horrorowego cyklu. Co ciekawe trzeci film o podtytule Dead Go Round pojawił się zaledwie w dwa tygodnie po premierze tego dzieła.

Mamy tu do czynienia z produkcją niezwykle luźno powiązaną z grami. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że nie ma ona praktycznie nic wspólnego z tytułami z PlayStation i Nintendo DS. Gdyby z tytułu filmu wywalić nazwę gry i minimalnie przerobić jedną scenę tej produkcji to nic nie wskazywałoby, że Twilight Syndrome: Dead Cruise ma cokolwiek wspólnego z serią Syndrome.

Rejs statkiem strachu

Akcja filmu rozgrywa się na promie i od razu poznajemy bohaterów bo pierwsze co widzimy to pamiątkowe zdjęcie wykonane z okazji wspólnego wypadu. Szóstka bohaterów, która musi stawić czoła przeklętemu rejsowi to studenci, którzy byli znajomymi za czasów liceum. Mamy cztery dziewczyny i dwóch chłopaków. Goro i Haruka to dwójka głównych bohaterów. Chłopak podkochuje się w dziewczynie i ma nadzieję, że wspólna podróż pozwoli im się zbliżyć. Poza nimi mamy jeszcze wiecznie napalona Michiko, wściekłą Yuko, jej chłopaka Ippei i Eri, która ma być typowym nerdem z okularkami. Z początku nie wiemy zbyt wiele o naszych bohaterach, ale wraz z trwaniem filmu poznajemy dokładniej ich relacje i zdajmy sobie sprawę, ze ich wspólna wycieczka była szalonym pomysłem.

Dalej dziwna dziewczynka w czerwonym płaszczyku, podbiega do jednej z bohaterek, proponuje jej rozpoczęcie gry i wręcza Nintendo Dual Screen. Darmowej konsolki trudno odmówić, ale to dziecko jest zbyt podejrzane żeby przyjąć taki prezent. Niestety bohaterka nie zdaje sobie z tego sprawy i podejmuje drugą najgorszą decyzję swojego życia. Pierwszą oczywiście było wybranie się na wspólny rejs z pozostałą piątka.

Już po chwili mamy pierwsze oznaki dziwacznych relacji w grupie, która stanowią podobno przyjaciele. Wygląda na to, że wszyscy się nienawidzą i szukają sposobów na uprzykrzanie sobie życia. Z tego powodu Michiko postanawia zaruchać i bierze na swój cel Ippeia, który podobno bardzo kocha swoja dziewczynę. W tym momencie byłem przekonany, że to filmidło to jakieś porn parody. W końcu mamy żenująco niski budżet, obciachowe dialogi, jedną naprawdę gorącą dziewczynę, która zachowuje się bardzo dziwnie i ma ciągle ochotę na seks. Może nie jestem geniuszem matematycznym ale potrafię dodać dwa do dwóch.

Niestety zamiast gorącego Dead Cruise XXX dostajemy scenkę, gdzie pozostali bohaterowie gadają bzdury i próbują odpalić gierkę na konsolce Nintendo. W tym momencie rozpoczyna się moja męka. Jestem przekonany, że w konsoli nie ma carta i prawie cała długość filmu zastanawiałem się czy to celowe działanie twórców czy tylko wpadka. W każdym razie Eri rozpoczyna grę, którą okazuje się specjalna wersja Twilight Syndrome.

Im dalej tym głupiej

To że gra jest prawdziwa zostaje pokazana nam za pomocą krzesła, które Eri przywołuje z nicości. Nikt się jednak nie zastanawia nad tym dlaczego nagle pojawia się dodatkowe krzesło i nasza okularnice rozpoczyna zabawę. Na statku pojawiają się potwory.

Musze zatrzymać się na moment przy potworach bo to coś pięknego. Dawno temu nagrywałem z bratem i znajomymi filmiki. Produkowaliśmy bardzo amatorskie, krótkometrażowe filmy, teledyski, programy i reklamy. Niestety z naszej bogatej biblioteki tworów w internecie pozostał chyba tylko jeden filmik. W każdym razie potwory w Dead cruise wyglądają tak jakbym to właśnie, ja odpowiadał za ich makijaż. Mamy ziutków pomalowanych farbami plakatowymi. Niby to jakieś zombie czy coś, ale zasady są tutaj trochę inne. Brzydale znikają po otrzymaniu jakichkolwiek obrażeń. Praktycznie dotkniecie ich równa się zwycięstwo. Nie stanowią one praktycznie jakiegokolwiek zagrożenia. Nikt nie powiedział o tym bohaterom filmidła i jesteśmy świadkami masy scen wyglądających jak dziecinne przepychanki.

Wygłupy szybko dobiegają końca bo okazuje się, że na pokładzie jest jeden potwór z prawdziwego zdarzenia. Wsadza on Yuko do worka i serwuje jej śmierć rodem z Friday The 13th. Nasz niby Jason szybciutko rozprawia się z Yuko i zaczyna być interesująco. Niestety Eri znana też jako najbardziej denerwująca osoba, resetuje grę i wszyscy zostają przeniesieni na początkowe pozycje.

Mogło być interesująco

Przez milisekundę jest naprawdę interesująco. Okazuje się, że mimo resetu wszyscy pamiętają to co wydarzyło się kilka chwil wcześniej. Jakby tego było mało Yuko pamięta swoja własną śmierć i mimo braku obrażeń fizycznych odczuwa ból. Może się nie znam, ale jak dla mnie jest to świetny pomysł, który pozwala produkcji iść w wielu interesujących kierunkach. Pamięć o własnej śmierci i swego rodzaju fantomowy ból z tym związany daje olbrzymie możliwości. Niewyobrażalne cierpienie, które prowadzi do szaleństwa, możliwość zerknięcia do zaświatów, która zmienia kogoś raz na zawszę, każdy jest w stanie dopisać tutaj sobie coś niezwykle interesującego. Twórcy stawiają jednak na to, że wściekła dziewczyna jest wściekła i Yuko decyduje się zemścić na Eri, która pośrednio odpowiada za jej traumę związaną ze śmiercią kilka minut wcześniej. W tym momencie film kompletnie się sypie i nic już nie ma najmniejszego sensu a my ponownie zdajemy sobie sprawę, że bohaterowie nienawidzą się tak jak jak nienawidzę mojego współlokatora z akademika z czasów studiów w Pekinie.

Yuko pobiła i związała Eri, ale zachowuje to w tajemnicy przed Goro i Haruką co prowadzi naszą zakochaną parkę do poszukiwania kogoś, kto nie zaginął. W międzyczasie pojawia się koleś i daje naszym postaciom misje. W końcu jesteśmy w grze wideo to muszą pojawić się jakieś lipne zadania. Tym razem chodzi o odnalezienie dziecka z początku filmu. Z tego powodu ekipa dzieli się na dwie drużyny. Jedna ma szukać Eri a druga biegać w poszukiwaniu dziecka.

Produkcja wznosi się na wyżyny absurdu. Pierw oglądamy sekwencję ze Scooby Doo, gdzie bohaterowie i potwory biegają za sobą i nie mogą się odnaleźć. Sekundę po tym słyszymy dialog, który zabija ostatnie szare komórki. Bohaterowie decydują się nie zabijać potworów bo to byłoby złe. W końcu potwór też człowiek.

Ta zaskakującą sytuacja zostaje wykorzystana przez brzydali. Michiko pierw obrywa haczykiem z wędki. Minute później dziewczyna zostaje zabita przez zombiaka popychającego tekturową ścianę z kolcami. Ja nie mogę przestać się śmiać bo ta sekwencja jest tak samo mocna jak słynny moment z walcem z filmu o przygodach Austina Powersa. Coś co miało być przerażająca i dramatyczną sceną dzięki nieudolnemu wykonaniu jest tak zabawne, że przez chwilę martwiłem się o siłę swojego pęcherza.

Eskalacja

Eri postradała zmysły i serwuje nam kolejny reset gry po to by zadawać więcej bólu swoim kumplom, których tak naprawdę nie lubi. Michi jest z tego powodu zadowolona bo może znowu zaruchać. Nie wiem tylko czemu ona leci na Ippeia, który to porzucił ją w chwili potrzeby. Ja się tam nie znam ale nie miałbym zaufania do tego kolesia.

Michi zostaje zabita a Ippei tradycyjnie olewa sprawę . Praktycznie wszyscy zapomnieli o wykonaniu misji i zajmują się pierdołami.

Haruka stara się przekonać Eri do przejścia na stronę dobrych. Okularnica wyjawia jednak, że była kiedyś prześladowana i jest ofiara szkolnej przemocy i teraz dzięki grze może się na wszystkich zemścić. Pozostawię to bez komentarza bo brakuje mi słów by oddać poziom wkurzenia.

Teraz pora na odrobinę zabawnego gore i scena z potworkami. Eri jest taka zła, ze rozlewa olej na którym pośliźnie się Yuko. Ippei w walce z potwornym dzieciaczkiem traci ręce a Yuko obrywa wrzątkiem na twarz i z rozgrywki odpadły dwie kolejne postacie.

Poddaję się

Goro odnajduje pluszowego misia ze wskazówką po to by odnaleźć dziecko po ułamku sekundy. Okazuje się, ze to nie koniec rozgrywki bo nasi „bohaterowie” muszą teraz odszukać mamusię dziecka. Wygląda na to, że ich wielka gra to symulator pracownika marketu z dzieckiem, które zgubi się w jakiejś alejce. Naprawdę ekscytujący pomysł na filmidło.

Na szczęście bobas potworek atakuje po raz kolejny i mamy scenkę z wsadzaniem śrubokrętu w oczodół po czym Goro zostaje zabity. Eri zostaje dźgnięta i w grze pozostaje już tylko Haruka, która bez trudu odnajduje matkę dziewczynki w czerwonym kapturku.

Pora na walkę z potworem. Ku mojemu zdziwieniu słyszymy klimatyczna muzykę i zapowiada się coś fajnego. Na szczęście twórcy robią swoje i rujnują potencjalne momentum. Ja mam okazję zobaczyć najmniejszy harpun świata i zastanawiam się czy sklep z zabawkami, w którym zaopatrzyli się twórcy tego majstersztyku nie miał czegoś lepszego. Może jakiś miecz świetlny albo czołg?

Haruka wykonuje zadanie i zostaje przeniesiona do naszego świata. Jednak powraca tylko ona a na statku nikt nie wie nic o jej przyjaciołach. Dziewczyna spogląda na zdjęcie z samego początku filmu i BADUM! Nie ma na nim przyjaciół! The End.

Brak mi słów

Całość nie trzyma się kupy i zamiast porządnego straszaka mamy zlepek durnych scen z wkurzającymi bohaterami, którzy tak naprawdę zasługują na to co ich spotkało. Twilight Syndrome: Dead Cruise jest tak głupie, że boli mnie głowa od samego myślenia o tym filmie. Po prostu coś pięknego.

Jako nieudolny filmowiec amator jestem trochę pod wrażeniem tej produkcji. Nie chodzi o to, że zawalono praktycznie każdy aspekt filmu. O dziwo nie jest to najgorszy, czy najgłupszy niskobudżetowy horror z Japonii jaki widziałem. Jakby tego było mało jakimś cudem odchodzę od ekranu z wrażeniem, że obejrzałbym Dead Cruise sto razy zanim zdecydowałbym się ponownie odpalić, któryś z filmowych sequeli Resident Evil. Wychodzi więc na to, że mamy sukces?

Chciałbym powiedzieć, że ten odcinek Coś tu nie gra prezentuje nam twardy orzech do zgryzienia. Niestety tak nie jest i Twilight Syndrome wypada bardzo słabo jako adaptacja gry wideo. Co gorsze filmidło to jest żałośnie słabym horrorem, który zaledwie ociera się o sferę „tak złe, że aż dobre”. Zostajemy pozostawieni z kilkoma interesującymi pomysłami, które nie zostają tutaj wykorzystane w jakikolwiek sposób. Do tego jeszcze zero strachów, tragiczne gore, okropne postacie, które zasługują na los jaki je spotkał i masa nielogicznych sekwencji.

WTF?

Twilight Syndrome: Dead Cruise to naprawdę słaby sposób celebracji serii Syndome. Naprawdę klimatyczne produkcje o tematyce uderzającej w miejskie legendy nie zasługują na to coś. Zwłaszcza, że w dniu dzisiejszym istnieje większe prawdopodobieństwo, że ktoś sięgnie po ten film niż gierki na archaiczne konsole.

Nie nazwę tego filmidła kompletną wtopą bo jednak tradycyjnie znalazłem tutaj coś dla siebie. Jestem jednak przekonany, że w liście najlepszych filmów bazujących na grach wideo ta produkcja nie zajmie zbyt wysokiego miejsca. Na szczęście/ nieszczęście istnieją jeszcze inne filmy z Twilight Syndrome w tytule. O nich ponawijam jednak innym razem.

Twilight Syndrome: Dead Cruise polecam tylko koneserom japońskiego, niskobudżetowego kina z gatunku horrorów. I mówimy tutaj o tej najniższej półce, gdzie pasta do butów jest wszystkim co ma posłużyć, za make-up potworów. Reszta niech lepiej skieruje swoją uwagę w stronę adaptacji innych gier wideo.